Kapucynki

Kto po przeczytaniu tytułu miał pierwsze skojarzenia z małpkami? 
Cóż, to nie będzie post o małpkach, o świecie zwierząt też nie.
Kapucynki to robocza nazwa mitsów męskich, w kolorze brązowym. Taka szybka i natchniona produkcja, która nie zaowocuje wzorem, natomiast mam wielką nadzieję, że same mitsy będą służyć długo, cieszyć oczy i grzać nadgarstki (bezpośrednio) oraz serce (metaforycznie).

Cały proces produkcyjny trwał trzy dni i odbył się tak troszkę poza mną, to znaczy dopiero po skończeniu i sprezentowaniu udziergu spojrzałam wstecz i zrozumiałam różne zależności przyczynowo – skutkowe.
Opowiadanie rozpocząć należy chyba od tego, że mam znajomego Brata Kapucyna, którego bardzo cenię, który prawie dziesięć lat temu miał bardzo duży wpływ na moje życie i którego nie widziałam coś tak ze siedem lat.

Najpierw Brat pojechał na studia do Włoch, więc siłą rzeczy kontakt był mocno utrudniony. Potem wrócił, ale już nie do nas tylko do Krakowa. Niby nie daleko, ale jak na moje możliwości równie dobrze mógłby i w tej Italii siedzieć, na jedno by wyszło.
No i pewnego razu rozmawiałam z koleżanką z tamtych dawnych czasów pobytu Brata u nas w klasztorze, i opowiedziałam jej, że mam coraz większą chęć sobie z Bratem pogadać.
I jak zazwyczaj to ja opitalam tę koleżankę, żeby się ogarnęła i zaczęła działać, tak tym razem to ona oddała mi tę przysługę. Opitoliła mnie zdrowo i kazała do Brata napisać.

Posłusznie napisałam, i tak jak przewidziałam – Brat zaprosił mnie do Krakowa.
Wiadomo, w zakonie nie dysponuje się swoją osobą.
I tak sobie czas płynął.
Przyszedł grudzień, przejrzałam swoją kolekcję mitenek – to taki miły prezent, dużo osób nie używa, a jak dostanie, to się do nich przekonuje – i doszłam do wniosku, że brakuje mi paru par. Głównie męskich.

Ucieszyłam się nawet, gdyż w męskich nie ma potrzeby wymyślać zbyt wielu ozdóbek, prostota formy i prostota koloru.
Wyjęłam włóczki i jeszcze dostałam trzeci powód do uciechy – wyrobię trochę resztek włóczek, co to wiadomo, że dobre jakościowo i szkoda wyrzucać, a okazje do wyrabiania nie trafiają się za często.
W planie miałam kolor czarny, ciemny popiel, ewentualnie granat.
W żaden sposób nie planowałam robić niczego brązowego.
Ale ten brąz jakoś tak owładnął moim jestestwem, że nawet nie próbowałam z nim walczyć, zaczęłam dziergać. Był piątek i powolutku wieczorkiem doszłam sobie do tego klina na kciuk.

Wzór wzięłam z jeżynowych rękawiczek, tych do kompletu do szala, gdyż wydał mi się w miarę uniwersalny, i miałam w sobie niedosyt po tamtych jeżynowych. 
Często tak mam, że dopiero po drugim udziergu czuję w sobie, że wyczerpałam temat, zaspokoiłam potrzebę i mogę przejść do następnego wzoru.
W sobotę dorobiłam do końca, zostały mi kciuki i wciąganie nitek.

Całkiem mi się te mitsy podobały, takie solidnie grube i konkretnie ciepłe, na moją rękę sporo za duże, czyli rozmiar męski w sam raz.
No i w niedzielę rano ogarnęła mnie porządna niemoc życiowa, jakoś tak ten mój organizm zastrajkował i postanowiłam się poddać jego życzeniom. Nic od niego nie wymagać, niech sobie ma wolne.
Leżę więc płasko, patrzę w sufit. Pełna bezmyślność i pełen bezwład.
Jak to mówił Wańkowicz: ani rączką, ani nóżką.
Zapipczał telefon, sms. Ja dalej nic, pełna bezmyślność i pełen bezwład.
Po porządnie dłuższej chwili zmobilizowałam się i zajrzałam do tej komórki.

A tam pisze do mnie Brat, że będzie u nas w klasztorze i zaprasza na spotkanie!
O szczęśliwy dniu!!!
I zaraz do tego druga myśl – kapucyńskie habity brązowe, mitsy bez kciuków też brązowe, odcień nawet podobny – mam prezent dla Brata 🙂
Jak uskrzydlona wyrwałam z pościeli, odpracowałam te wszystkie poranne konieczności, dorobiłam kciuki, powciągałam nitki i tylko nie moczyłam, bo za późno.
Akurat zdążyłam przed południową mszą, zapakowałam do jednej kieszeni aparat, do drugiej mitsy i w drodze powrotnej machnęłam błyskawiczną sesję fotograficzną.
Dość monotematyczną, bo warunki pogodowe byle jakie, głównie mżawka, udzierg nie zblokowany, moje ręce trochę za małe na ten rozmiar i mitsy smętnie wiszą zamiast lekko się naciągnąć. 
Jednym słowem, zdjęcia średnie, ale za to morał z całej tej historii dość istotny:
wszystko kwestia motywacji! byłam przekonana, że nawet dźwigiem nie nie podniesie, a jeden sms wystarczył, żeby wstąpiły we mnie nowe siły, hehe!

Zapakowałam mitsy.
Pojechałam do klasztoru.
I pierwsze słowa, jakie powiedziałam do Brata (oczywiście po powitaniach itd), zupełnie zresztą nieprzygotowane przeze mnie, nieprzemyślane, takie pod wpływem chwili były:
Bracie, Pan Bóg już trzy dni temu wiedział, że przyjedziesz i właśnie mam dla Ciebie prezent!!!
I tutaj drugi morał, taki bardziej duchowo – życiowy:
nie ma się co martwić, troskać i kłopotać, Pan Bóg już trzy dni wcześniej ma przewidziane, co i jak 🙂

Tak jak już wcześniej powiedziałam, mitsy  to bardzo dobry prezent. Brat też nie miał pojęcia, że takie coś istnieje, ale pomysł spodobał mu się bardzo.
Nie dziwię się wcale, te klasztorne mury mają to do siebie, że ciągną chłodem nawet w lecie.
Kolor też podszedł całkiem przyjemnie, o ton jaśniejszy od habitu, bardzo dobrze się wszystko zgrało.
A w skrytości ducha zastanawiam się momentami, czy nie dostanę przypadkiem zamówienia na podobne udziergi dla innych braci, ale to już przyszłość pokaże 🙂

Za tydzień już Święta 🙂
Za dwa – Nowy Rok 🙂
I tak sobie myślę, że następny post najprawdopodobniej napiszę już w styczniu.
Chyba, żeby wynikło coś, czym będę musiała się  wcześniej podzielić 🙂

Radosnego świętowania, dużo pokoju, nadziei i miłości od Nowonarodzonego!!!
Bardzo serdecznie wszystkich pozdrawiam!!!

Ten wpis został opublikowany w kategorii mitenki i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.