Koloru jeżynowego. Kernel.

Chyba ostatnio nie potrafię dobrze oszacować możliwości, tempa i czasu potrzebnego na dzierganie. Jako, że w zeszłym tygodniu posta nie było z racji braku udziergu do pokazania, to postanowiłam na ten wtorek zdążyć z Jeżynowym. Jak widać – zdążyłam, ale ile było przy tym problemów!


Zacznę do koloru. Według mojej amerykańskiej koleżanki jeżynowy to najmodniejszy kolor tej zimy. Koleżanka amerykańska jest totalnie amerykańska i siłą rzeczy porozumiewamy się po angielsku, więc ta jeżyna pojawiła się jako blackberry.
Niby znam te wszystkie owoce kończące się na berry, ale dla pewności sprawdziłam, nie jest to jednak słowo codziennego użytku.
Okazało się, że mamy jakby brak wspólnej płaszczyzny, niby mówimy o tym samym, a każda ma co innego na myśli. Dla mnie jeżyna kojarzyła się z czarnym błyszczącym, dla amerykańskiej koleżanki z fioletowym typu bakłażan.


Po energicznej wymianie zdjęć i przykładów ustaliłyśmy jak ten kolor wygląda i przystąpiłam do szukania włóczki. Pomysły podsyłałam amerykańskiej koleżance, a ona uściślała moją jeżynową wizję. Jak się okazuje, trudno jest osiągnąć porozumienie w kwestiach koloru bez bezpośredniego kontaktu.

Włóczka znalazła się w edziewiarce, zamówiłam, odebrałam i znowu ogarnęły mnie wątpliwości, czy to aby na pewno jest ta jeżyna. W słońcu wygląda inaczej, w cieniu inaczej, a w sztucznym świetle jeszcze inaczej…


Zaczęłam dziergać, sprułam, zaczęłam jeszcze raz. Na początku udzierg niewielki, wzięłam go więc ze sobą na wizytę u rodzinnego, tam się zawsze długo czeka. Usiadłam na krześle, wyjęłam robótkę.

Podszedł do mnie emeryt i zagaił, że kto to teraz jeszcze takie rzeczy robi. Odpowiedziałam, że bardzo dużo osób, i że robienie na drutach jest coraz bardziej popularne.

Niestety, był to ten rodzaj emeryta, który tylko mówi, słuchanie jako takie ma wyłączone i kompensuje ten brak olbrzymią ciekawością świata i ludzi.
Ja zaś, jako stały bywalec przeróżnych poczekalni, znam ten typ bardzo dobrze i nawet zdążyłam się na niego całkiem nieźle uodpornić. Ciąg dalszy wyglądał więc następująco:


Dziergam sobie spokojnie i w milczeniu, a emeryt przekonuje mnie oraz obecnych wokół, że na targu tego mnóstwo, za niewielkie pieniądze i w dodatku lepsze.

Ja nic, dziergam sobie.

Emeryt zrobił rundkę po korytarzu, ale nic ciekawego nie znalazł. Wrócił do mnie, stanął frontem do mojej dziergającej osoby tak, że czubkami swoich butów prawie dotykał moich i jakby zawisł nade mną, wpatrzony w moje druty i schemat na kolanach.

Ja nic, dziergam sobie.

Po jakiejś minucie pomacał mi druta i zainteresował się, z czego on jest. Odpowiedziałam grzecznie, że bambusowy, ale jak wspominałam wyżej – słuchanie miał wyłączone i nie zwrócił na moją odpowiedź uwagi.
Stał nade mną dalej i śledził z natężeniem moje ruchy.
Trochę mi się ręce zaczęły trząść przez tę bezpośrednią inwigilację, więc przestałam robić i zaczęłam wpatrywać się we wzorek na jego swetrze. Akurat miałam na wysokości wzroku. Można powiedzieć, przed samymi oczami.
Sweter prosto z targu, i rzeczywiście, wzór miał ciekawy.


Emeryt się znudził i poszedł na kolejny rekonesans korytarza.
Więc ja nic, dziergam sobie.

Po chwili znowu nade mną stanął. Oznajmił, że takich rzeczy (w domyśle – druty i włóczka) to on miał w domu mnóstwo i wyrzucił!

Ja nic, dziergam sobie.

I wreszcie się zniechęcił do mojej osoby, przerzucił na świeżo przybyłą pacjentkę i zaczął jej tłumaczyć, że nie ma się co denerwować kolejką i czekaniem, bo niby co ona ma takiego ciekawego czy pilnego do roboty. Pacjentka nie zmilczała, wywiązała się dyskusja 🙂


Więcej już nie dziergałam publicznie, nie było okazji.
Dziergałam w domu, i jakoś dziwnie powoli mi szło. W planach było: skończyć na niepodległościowym weekendzie, zblokować, w ramach wolnego poniedziałku znaleźć nowe plenery i nie spiesząc się wykonać wszystko, co potrzeba.

Tyle plany.


Niepodległościowy weekend, choć pracowity, niestety okazał się za krótki i skończyłam dopiero w wolny poniedziałek, w dodatku późno wieczór.
Szal okazał się oporny i nie wysechł przez noc, więc i sesja zdjęciowa się przesunęła z przed pracą na po pracy.
Po pracy okazało się dziwnie krótkie z racji wcześnie zapadającego zmierzchu i siłą rzeczy szukanie plenerów w ogóle nie weszło do gry.
I tak to sobie człowiek może zaplanować …

I jedyna pociecha w tym wszystkim, że miałam dzisiaj w pracy dwa sprawdziany i dzięki temu zdołałam napisać większość tego posta w ramach obowiązków zawodowych.
(Potrafię pisać bezwzrokowo, oczami pilnuję uczniów, a myślami i palcami sobie piszę na przykład posta. Albo kolejną klasówkę na przykład, zależy co akurat pilniejsze.)

Wzór nie jest mojego autorstwa, nazywa się Kernel, jest bezpłatny i można go znaleźć na knittty.com.
Po angielsku.
Ale są schematy.


Pozdrawiam jeżynowo 🙂 🙂 🙂

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii szal, tutorial i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.