Poncho Daggus. Wzór po polsku.

Oraz wspólne dzierganie 🙂
Innymi słowy – działamy wespół, w zespół i oswajamy jesień 🙂
Jak ten staruszek, co to z kufra już wyciąga futro i szykuje się, wszak jesień idzie i nie ma rady na to!
Poncho Daggus wygląda tak:

Natomiast cały Daggus w ponchu, czyli Yellow Mleczyk, czyli full foto wygląda tak:
(kto ciekawy, klika i czyta dalej)

Poncho to taki udzierg, w którym wcale nie ma ażurów!!!
I nawet jest na to bardzo sensowne uzasadnienie.

Sprawa z Daggusem sięga bowiem przed- przedostatniej zimy i fali mrozów, która wyjątkowo dała mi się we znaki.
Nie lubię ekstremalnych temperatur, jakoś mój organizm wcale nie chce się przystosowywać i z każdym kolejnym dniem jest mi gorzej.

Najtrudniej było w pracy, zimno jak w psiej budzie i ciężko się ubrać na tyle sensownie, żeby przy tym w miarę funkcjonować zawodowo. 

Stałam sobie na korytarzu, przeciąg przeciągał, a ja przemyśliwałam nad jakimś wynalazkiem dziewiarskim na te ciężkie warunki.
Natchnienia przysporzyła mi koleżanka ubrana w szeroki golf, pod który dołożyła sobie jeszcze apaszkę. Wytłumaczyła mi, że dla niej najważniejsze, żeby jej było ciepło w szyję, a sama apaszka to dużo za mało.

I to był punkt wyjścia.

Potem dokombinowałam, że potrzebne mi są w miarę wolne dłonie i nadgarstki żebym mogła sobie pogestykulować bez przeszkód. 

Następnie, że nie może się toto ciągnąć ani powiewać, bo od razu wpędzi mnie w irytację, wysoce niewskazaną w kontaktach z młodym pokoleniem.

Dalej, że ma być obszerne, żeby pod spód dało się w razie potrzeby zmieścić ze dwie dodatkowe warstwy.

No i koniecznie wełniane i bez przewiewów, żadnych ażurów tym razem!!!

Pomysł skrystalizował się równocześnie z polepszeniem pogody, mrozy puściły i zrobiło się dużo przyjemniej, przedwiośnie zaczęło pukać do drzwi.
Poncho przestało być koniecznością, zeszło na dalszy plan, a na pierwszy znów wybiły się ażury. Oraz mnóstwo zajęcia z przygotowaniem miejsca pracy do gruntownego remontu, który wiosną ruszył pełną parą i wybił z głowy bujanie w obłokach i wymyślanie kolejnych udziergów.

Już pod koniec lata poncho zaczęło przypominać się coraz natarczywiej i pomna na zimowe udręki wzięłam się do roboty.
Poszło szybko i sprawnie, może troszkę nudne były te prawe oczka, ale cel i przeznaczenie udziergu skutecznie motywowały do skończenia pracy.

Przyszła późna jesień.
Potem zima.

I co?

I nic!

Remont się skończył, budynek obłożony styropianem i nowe centralne ogrzewanie skutecznie odgrodziły nas od mrozów, a nawet zmusiły do poważnej zmiany garderoby zimowej na dużo lżejszą.

Moje poncho straciło rację bytu zanim jeszcze zdążyłam je choć raz ubrać na siebie …

Lekko mnie to zdegustowało, muszę przyznać!

Zwłaszcza, że nie noszę dzianin jako okrycia wierzchniego, za bardzo mnie przewiewa. Daggus trafił do szuflady.
(I powoli dojrzewa we mnie myśl, żeby go sprzedać może jakoś …)

Po paru miesiącach postanowiłam spisać wzór, bo skoro ja nie mam żadnego pożytku z tego udziergu, to może niech inni skorzystają.

I napisałam.
Przetestowałam i gotowa do publikacji spostrzegłam się w ostatniej chwili, że akurat miesiąc maj się zaczyna i nie jest to najlepszy moment na ciepłego jesienno – zimowego Daggusa.

Odczekałam więc jeszcze trochę.

Po drodze pojawiła się kwestia zdjęć.
Daggus na białej pani zupełnie nie chciał pokazać swoich wdzięków i uroków, i zmusił mnie do roli modelki.

Nie jest to zajęcie, w którym mogłabym zrobić karierę, hehe!

Sesja polegała na tym, że ja opowiadałam mojej ulubionej kuzynce kolejne plotki i wydarzenia z okresu, w którym się nie widziałyśmy, a ona robiła zdjęcia.

Stąd mimika i gestykulacja modelki.
Taka prosto z życia wzięta.

Daggus jest dość prostym udziergiem.
Oczka prawe, oczka lewe. Od czasu do czasu jakieś oczko dodane albo jakieś oczko zgubione. Robi się automatycznie, nic nie trzeba liczyć ani kombinować.
Spokojnie można dziergać i oglądać cokolwiek, rozmawiać, a nawet – dla bardziej wprawionych – czytać książkę.

Rozpisałam Daggusa na dwa rozmiary: standardowy, czyli ten na mnie, i duży, czyli szerszy. Jak widać na zdjęciu poniżej, obwód bioder Daggusa jest sporo większy niż modelki 🙂
Długość poncha jest dowolna, można dopasować do siebie i zakończyć, kiedy potrzeba.

Włóczki wychodzi dość dużo.
Ja wybrałam Limę Dropsa z racji składu: 65% wełna i 35% alpaka oraz z racji grubości: 50g = 100m. Oraz z racji jednolitego koloru.
Oczywiście można użyć włóczki paskowanej, melanżowej i każdej innej, jak komu pasuje.
Ważne jest, żeby była w podobnej grubości do Limy.

Wzór jest płatny i kosztuje 20zł.

Jest dostępny na ravelry, tam jest jeszcze doliczany vat za transakcję międzynarowową więc podawana tam cena jest nieco wyższa. 

Oraz jest dostępny bezpośrednio ode mnie, wystarczy się odezwać (y.mleczyk@gmail.com lub FB). 

Jak zawsze, przez pierwszy tydzień obowiązuje zniżka 20%, 
czyli 20zł – 20% = 16zł.
A na ravelry trzeba wpisać coupon code: Daggus.

Zapraszam też bardzo serdecznie na wspólne dzierganie Daggusa na FB.

Będziemy dziergać w grupie i wzajemnie się wspierać i motywować. 

Wiem, wiem – sierpień, pogoda prześliczna, wszystko tonie w słońcu i zieleni …
Bardzo to miłe i przyjemne!

I wcale nie ma co się zrażać faktem,
że wszyscy będą patrzeć ze zdziwieniem i pod nosem komentować,
że 
prócz DZIEWIAREK nikt chyba nie myśli o mającej nastąpić jesieni!

Taki już indywidualistyczny gatunek jesteśmy 🙂


PS. praca modelki to bardzo ciężka i wyczerpująca praca 🙂

Ten wpis został opublikowany w kategorii poncho i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.