Prostokątny.

Jakoś ten kształt ostatnio mi leży, nie trójkąt, nie rogal a właśnie prostokąt.
Leży na drutach głównie,
gdyż pogoda nie sprzyja noszeniu szali, nieważne w jakim kształcie!


Szal nowy, ale nie do końca, bo przecież ten układ już znacie.
To już było, nawet dwa razy.
Te same paski, te same ściegi, podobna koncepcja.
Kto pamięta  – gratulacje!
Kto zapomniał, przeoczył czy po prostu nie zwrócił uwagi – żaden problem.
Wystarczy kliknąć TUTAJ i TUTAJ, i sprawa załatwiona.

Zainspirowała mnie jedna koleżanka.
W temacie, że paski fajne, ale kształt nie do końca.
I żeby jej zrobić prostokąt.
Do tej pory sprawa prosta, prostokątów robiłam mnóstwo, przestawiam lekko paski i gotowe.

Ale
gadamy sobie dalej i jak to przy gadaniu często bywa – koncepcja się rozwinęła.
W wersję, żeby te paski leciały wzdłuż, a nie wszerz.

I tu już pojawiło się wyzwanie.
Robiłam co prawda kiedyś rogala zaczynając od zewnętrznej i jakiejś koszmarnie wielkiej ilości oczek do nabrania.
Było to bardzo dawno temu, rogal nazywał się Indian Feathers i po prostu leciałam za wzorem, bo jeszcze sama zupełnie nie rozumiałam, o co w tym dzierganiu szali chodzi.
Robiłam na bazie zaufania i dziwiłam się, że działa.

Po przemyśleniu możliwości i sposobów zawęziłam koncepcję do dwóch opcji.
Albo
dziergam wzdłuż, tak jak zawsze, i co parę oczek przekładam kolor,
albo
dziergam w poprzek i robię te paski normalnie, choć z dużymi wątpliwościami co do całego układu po skończeniu.

W sensie jak się ten szal będzie nosił,
czy te rzędy w poprzek się nie rozciągną albo nie skrócą,
jak ogólnie będą się zachowywały oczka robione w przeciwnym kierunku.

Wrodzona ciekawość świata oraz lekka niechęć do przekładania kolorów sprawiły, że wybrałam opcję w poprzek. Do tej pory stoi mi w pamięci zabawa z robieniem Art Deco, było miło ale raz wystarczy.

I błyskawicznie okazało się, że już na początku muszę wrócić do dziergania na bazie zaufania.
W żaden sposób nie dam rady w trakcie sprawdzić rozpiętości tego dłuższego boku prostokąta, nie mam drutów na ponad 2 metrowej żyłce.

Metoda chałupnicza co prawda natychmiast podsunęła pomysł, że można przełożyć te wszystkie oczka na kawałek bawełny, rozciągnąć i sprawdzić.

Zdusiłam te pracowite myśli i jeszcze przydeptałam, żeby za bardzo nie podskakiwały i postanowiłam działać na bazie wiary w tabliczkę mnożenia.
Niepewność pojawiała się od czasu do czasu, ale twardo opierałam się jej przy pomocy tej racjonalniejszej części osobowości.

Druga wątpliwość pojawiła się przy długości tego krótszego boku.
Ciągle nie wiedziałam do końca, w którą stronę ten poprzeczny prostokąt się rozciągnie, niby można robić próbki, ale w takiej większej masie mogą działać jakieś dodatkowe siły.

Problem polegał głównie na tym, że układ kolorów nie w każdym miejscu można modyfikować, i na przykład ten kawałek z białym szerokim pasem ma swoją logikę, której miałam nie zaburzać. Występował jako ostatni element i trochę mnie umęczyło, zanim zdecydowałam się, kiedy zacząć.

I przyznam się, że z tym zaufaniem do własnego rozumu i doświadczenia to wcale tak dobrze nie było.
Niby się przekonywałam, że wszystko obliczone i ma wyjść dobrze,
a zaraz potem nachodziły mnie myśli, że tyle dziergania się zmarnuje …
I tak na okrągło.
Niby droga prosta i oczywista, a ciągle to nieznane za zakrętem męczy i nie daje spokoju.

Nawet zdjęcia mi wyszły w takim właśnie schemacie.

Zblokowałam, narzuciłam na ramiona, poczułam jak sprężynuje i w którą stronę.
Wyszło dobrze, matematyka górą!

Mam koncepcję na coś własnego pomysłu.
Będzie to dzierganie dla cierpliwych i wytrwałych, robienie każdego rządka trwa wieczność, przybywa w tempie ślimaczym.
Z drugiej strony ciekawe doświadczenie i duża przyjemność po skończeniu!
Ale to na kiedyś tam w przyszłości.

Pozdrawiam ślimaczo 🙂

Ten wpis został opublikowany w kategorii szal i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.