Akwarela

Zawiesiłam na ścianie i wpatruję się w nią z ogromną przyjemnością.
Zupełnie nie spodziewałam się takiego efektu, zaskoczenie totalne, i w związku z tym nie mogę przestać patrzeć. Przyciąga i hipnotyzuje.


Chusta wygląda jak namalowana farbami akwarelowymi, przez artystę plastyka z dużym wyczuciem kolorów.
A zaskoczenie dlatego, że nic takiego cuda nie zapowiadało.


Włóczka to Noro, ten rodzaj już nie jest produkowany i w związku z tym mojej amerykańskiej koleżance trafiła się wyprzedaż. Nabyła całkiem sporo różnych kolorów, z niektórych z nich robiłam już wielobarwne szale, taka miła dla oka pstrokacizna. Jeden z nich już pokazywałam (zdjęcia TUTAJ), nie wiem dlaczego pozostałych jeszcze nie. Może w następnym poście? Zrobimy serię z Noro.


I wśród tych kolorów były dwa motki, które zupełnie do mnie nie przemawiały, takie blade i bez uroku.

Leżały i leżały, aż wreszcie nadszedł czas, gdy potrzebowałam kolejnej bezmyślnej robótki dla tak zwanej spokojności, zajęcia rąk i kojącego przekładania oczka za oczkiem.
Coś tam próbowałam wymyślać, dodałam te ciemniejsze paski i dziury między nimi, oraz lekki wzorek z prawych/lewych w tych częściach akwarelowych. Nie ma po nim śladu, zupełnie się zgubił w tych kolorach, mogłam w sumie nic nie robić.

Wyrobiłam oba motki, bez większego przekonania co do uroków robótki, tak raczej z poczucia, że skoro motki są, to trzeba je na coś zamienić. Jakąś formę użytkową.
I akurat skończyłam w piątek wieczór, więc od razu mogłam blokować.

Od przeprowadzki blokuję na łóżku, na którym śpię, kanapę oszczędzam i nie wbijam w nią szpilek z szacunku dla ceny, jaką za nią zapłaciłam.
Choć to nie do końca prawdziwa prawda. Żeby rozłożyć cokolwiek na kanapie musiałabym przesuwać ławę, ryzykować porysowanie parkietu (przedwojenny), ściągać poduszki, otwierać kanapę … nie dla mnie takie niewinne rozrywki, polineuropatia trzyma i uniemożliwia działania.

Tak więc, blokuję na łóżku. Rozkładam rano, ściągam wieczorem.
A że same wiecie, że takie wbijanie szpilek trochę trwa i nigdy nie wiadomo ile poprawek wyniknie w trakcie, to nie ryzykuję rozpoczynania tej zabawy przed pracą. Głupio byłoby się spóźnić i usprawiedliwiać, że wbijałam szpilki w łóżko, a jeszcze głupiej zostawić takie upinanie w połowie!


Ale wracając do tematu.
Upięłam, w sumie szybko poszło, bo nie ma żadnych dziubków itd.
Stanęłam obok.
Popatrzyłam.
I zaprało mi dech w piersiach!

I tak stałam zapatrzona, w wielkim szacunku i podziwie dla twórców tej włóczki.
Z pełną świadomością, że mojej zasługi w tym nie ma żadnej, ja po prostu tylko rzemieślniczo nadałam kształt ich genialnej koncepcji.

Dawniej mnie irytowało robienie z wielokolorowych włóczek, i tych pstrokatych, i tych samopaskujących, wszystkich właściwie. Zawsze miałam poczucie, że ktoś za mnie myśli, że to nie ja jestem w tym udziergu, że nie tworzę tylko odtwarzam.
Potem to poczucie trochę osłabło, traktowałam takie dzierganie terapeutycznie, te zmieniające się kolory tak kojąco wciągały, hipnotyzowały niemal. Dawały takie przyjemne uczucie odpływania czy falowania, co przy zmęczonej psychice było idealnym rozwiązaniem. Terapią.


Ale teraz widzę, że w takich włóczkach może być coś więcej.
Może być prawdziwa sztuka.
No może nie sztuka, ale namiastka na pewno.
Dotknięcie się piękna.
Czegoś ponadwymiarowego.
Nigdy nie miałam takiego uczucia przy żadnym udziergu.
Tutaj zaś mam bardzo silne poczucie, że to wykracza poza poziom włóczka i oczka.
Coś, co wychodzi poza dzierganie i wkracza w jeszcze inną przestrzeń, dotyka głębszych pokładów.
Na zdjęciach może tego nie być widać tak wyraźnie i ten mój zachwyt może wydawać się nieco przesadzony.
Nie jest.
Szkoda bardzo, że nie mogę Wam pokazać tej chusty na żywo, bez pośrednictwa ekranów…

Pozdrawiam bardzo wiosennie!
Nic na razie nie pachnie, ale zasadzam się na lipy :)))

Ten wpis został opublikowany w kategorii chusta i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.