Pinterest. I ja.

Eh, słabo mi to wszystko idzie!
Dzierga mi się nawet dość dziarsko, ale cóż z tego, kiedy ani zblokować nie ma gdzie, ani zdjęć zrobić nie ma jak …
stosik udziergów powoli rośnie, a ja przy tym machaniu drutami zastanawiam się nad tym swoim dzierganiem, jakby je ożywić …
Myśli i pomysłów trochę mam, co do realizacji to już różnie bywa, gdyż i tak najlepiej leżą mi ażurowe chusty.
A już jeśli chodzi o autopromocję, to zupełna klapa, nie mam do tego serca ni talentu.
Na razie zaparłam się na jedną rzecz, a mianowicie na Pinterest.
Codziennie, bez wyjątków
(dla zachęty to codziennie = w dni robocze),
niech się pali i wali –
działam!

dlaczego akurat Pinterest?
i dlaczego tak się zaparłam?

Pinterest ma parę zalet, które do mnie przemawiają:
jest to wyszukiwarka obrazkowa, czyli pasuje mi do prezentacji udziergów,
nie jest chronologiczna, więc nie muszę na bieżąco relacjonować życia dziewiarskiego,
można napisać parę słów o zdjęciu i podać link, który odsyła tam, gdzie trzeba.

A zaparłam się, żeby uzyskać systematyczność i zobaczyć, czy coś z tego wyniknie.
Ustawiłam sobie w głowie termin do końca czerwca, czyli do wakacji i kategorycznie nakazałam sobie wytrwać do tego czasu.
Innymi słowy, publikować codziennie określoną liczbę pinów. 

Dlaczego codziennie i dlaczego jeden pin nie wystarczy? albo czy nie można raz na tydzień wstawić kilku i mieć z głowy?
Otóż nie!!!

W ramach przygotowania teoretycznego nasłuchałam się i naoglądałam przeróżnych tutoriali, naczytałam postów.
Ilość informacji przytłoczyła mnie.
Poczułam, że wszystko fajnie brzmi i tak zachęcająco, sukces w zasięgu ręki i tylko łapać.
Zaczęłam zastanawiać się, jak ten sukces najlepiej ułapić i wycisnąć,
i okazało się,
że ja jakoś nie mogę tego wszystkiego ogarnąć.
Ogólne wrażenie i poczucie mam, ale szczegóły mi umykają niestety.

Założyłam sobie zeszyt.
Zaczęłam czytać i słuchać jeszcze raz, i tym razem robić notatki.

Zrobiłam się trochę mądrzejsza i przeszłam do praktyki.

Pierwszy zgrzyt nastąpił, gdy odkryłam, że mnóstwo zdjęć zostało na starym laptopie. 
Zostało, gdyż laptop jakieś dwa lata temu przestał działać całkowicie, a że już był wiekowy, to nie przejęłam się tym zupełnie tylko nabyłam nowy.
Nie miałam najmniejszego poczucia, że powinnam te zdjęcia jakoś odzyskać, przecież najfajniejsze mam na blogu i na ravelry.
I rzeczywiście mam, tylko jak je sobie pościągam, to jakość ich jest tak kiepska, że nie nadają się już do niczego.

Na samym początku pinowałam sobie w miarę radośnie, wszak wszystko co nowe – cieszy!

Po jakimś tygodniu odkryłam, że zaczynam się gubić w tym, co już pokazałam, a co mam pokazać i jak.
Ponownie wróciłam do metody pisanej, zaczęłam na bieżąco notować, które udziergi mam już pokazane.
Po paru dniach znów się pogubiłam, za dużo tam jest tych wszystkich wariantów:
różne tablice, linki do ravelry, linki do bloga, piny po polsku, po angielsku.

W dodatku Pinterest, na początku w miarę życzliwy, zbiesił się i zaczął mnie ignorować.
Mam na myśli, że przestał pokazywać moje piny.

Na swój prywatny użytek stworzyłam sobie całą tabelkę, co mam pokazywać, kiedy, po jakiemu i z jakim linkiem.
Nie było łatwo, plątały mi się te wszystkie wartości konkursowo, dopiero papier kancelaryjny dał sobie z nimi radę.
Przepisałam na czysto i zaczęłam wdrażać w życie.
I rzeczywiście, codzienny proces pinowania skrócił mi się prawie o połowę!

Niestety Pinterest znów przestał mnie zauważać.
Zachwiało to nieco moją motywacją, ale tutaj z pomocą przyszło mi początkowe założenie – do wakacji! 
Skoro dałam sobie taki termin, to w sumie co mi zależy, jak nie zadziała, to na koniec czerwca się wycofam. A póki co, przynajmniej sprawdzę, czy te wszystkie metody tak entuzjastycznie opisywane przez fachowców od Pinteresta rzeczywiście działają.
Na razie mam poważne podejrzenia, że nie. 
Ale z drugiej strony, może potrzeba im czasu na rozpęd?
Albo może Pinterest musi się zorientować, że ktoś się mną tam zainteresował? w sensie, że mam jakichś obserwatorów i ktoś czasami przepnie mojego pina?
Albo może to jest tak, że entuzjazm jest obliczony na to, żeby taki laik jak ja w niego uwierzył i po pierwszej fazie bez sukcesów wykupił kilka kursów od tych entuzjastycznych fachowców i dopiero tam się dowiedział, o co tak naprawdę chodzi?
I ewentualnie odniósł sukces. Lub też nie.


Dziewiarsko, jestem na etapie oswajania kokonka.
To raczej włóczka na szydełko, ale postanowiłam spróbować i zobaczyć, czy na drutach uda się zrobić choć w ćwierci tak pięknie jak na szydełku właśnie.
Na razie jeszcze nic nie widać, ale jeżeli się uda, to na pewno nie na jednej chuście się skończy. Wciąga bardzo!!!

Pozdrawiam bardzo serdecznie i zapraszam na Pinteresta!

Ten wpis został opublikowany w kategorii chusta, chusta rogal, chusty, chusty trójkątne, szal, wzór po polsku i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.