Haruni. Wersja autorska.

Tak sobie dziergam powoli, po parę rzędów dziennie, są dni kiedy wręcz wcale, a czasami dla odmiany robię sobie maraton i w jeden dzień nadganiam cały tydzień. Innymi słowy – wakacje!
Miałam trochę ambitnych planów, ale rozłożyła je pogoda. 
To takie bardzo wygodne tłumaczenie dla zwolnienia tempa i zaraz Wam wytłumaczę, dlaczego, co i jak.

Moje ambitne plany polegały na tym, żeby dziergać w dużych ilościach wyrabiając wszystkie niezrealizowane pomysły, korzystając z letniej aury robić masę zdjęć, w międzyczasie zająć się delikatnie testowaniem i ogarnianiem zapasów włóczek.

Całkiem miłe plany, prawda?

A realizacja przebiega tak jakoś niemrawo …

Wakacje zaczęłam od rekolekcji ignacjańskich, dziesięć dni odcięcia od otaczającej mnie na co dzień rzeczywistości i od świata wirtualnego, tylko ja, Pan Bóg i całe niebo. 

Doświadczenie genialne, i wróciłam pełna wigoru i entuzjazmu.
Na jego fali pokazałam Wam Trajkotkę, i przygotowałam sobie listę kolejnych atrakcji.

Wystarczyło mi tego wigoru niestety na krótko, gdyż zaraz potem rozpoczęłam rehabilitację, a jednocześnie rozpoczął się pochmurny lipiec.

Rehabilitacja ma to do siebie, że męczy.
A w tym roku jakoś tak się na mnie uwzięła, że męczyła podwójnie.
Wracałam do domu, patrzyłam na te wszystkie robótki, patrzyłam za okno i …
szłam spać.
Regenerować siły.

Nawet nie próbowałam walczyć z moim miłym organizmem, gdyż niestety i tak to on zawsze zwycięża w naszych potyczkach. 

Co kolejny wtorek sobie obiecywałam, że na pewno napiszę Wam o Haruni, bo właśnie Haruni było zaplanowane jako kolejny temat udziergowy.

Na pierwszy wtorek nawet nie zdążyłam jej wydziergać.

Na drugi wtorek oczka już pozamykałam, i nawet udało się przypiąć szpilkami i blokować. Na ostatnią chwilę było to blokowanie, co mnie zgubiło.

Czarne chmury, porywiste wiatry i zero możliwości robienia zdjęć. 
A skoro nie ma zdjęć, to nie ma i posta …
I jedyne, co mnie pocieszyło, to fakt, że rehabilitacja zakończona i będą dopołudnia wolne. Oraz może wreszcie przestanę przesypiać życie 🙂

Sprawdziło się w temacie spania!
Zamiast lenić się śpiąc, zaczęłam lenić się bardziej świadomie.

Haruni rozłożyłam na stole, żeby się nie gniotło i było gotowe do sesji zdjęciowej i zaczęłam cieszyć się wolnością. 
Niestety, pogoda zrobiła się o tyle gorsza, że do chmur dołączył deszcz.

Dalej nici z fotek.
Sprawdzanie prognozy weszło mi w nawyk, zapowiedź upalnego weekendu stworzyła wielkie nadzieje.

W sobotę rano zaświeciło słoneczko.
Ha! pomyślałam sobie. Nareszcie!

Uporałam się z porannymi obowiązkami, spakowałam cały sprzęt, nastawiłam duchowo na czekającą przyjemność.
Wychodzę przed blok, rozglądam po niebie … i co? i chmura goni chmurę, ledwo skraweczki błękitnego nieba między nimi się pokazują, i to z rzadka …

Zmieniłam koncepcję i zamiast samochodem postanowiłam jechać w plener na rowerze. Wydawało się, że tak łatwiej będzie wstrzelić się w te niewielkie przebłyski słońca.

Jadę sobie wypoczynkowo i podziwiam plenery.
Chmur coraz więcej i coraz bardziej ponuro się zaczyna robić.

Raz pojawiła się szansa, że może coś się uda.
Przez moment rozbłysło jasnością i świat poweselał. Zeskoczyłam z roweru, biegiem rozpostarłam Haruni, odbezpieczyłam aparat … i klapa, koniec jasności.

Patrzę na to nieprzychylne niebo, namierzam to schowane słońce, szukam kolejnej dziury między chmurzyskami – jest! 
Z nadzieją czekam, aparat w pełnej gotowości, ja w pełnej koncentracji.
Minuta, dwie, trzy … nic się nie dzieje.
Dziura przeszła obok.

Poddałam się.
Całkowicie.

W niedzielę rano zaświeciło słoneczko.
Nauczona doświadczeniem poprzedniego dnia biegiem wyleciałam z domu, błyskawicą udałam się na wcześniej upatrzone pozycje i z niepokojem rozglądając się po niebie ustawiłam białą panią.

I tym razem byłam szybsza niż niesprzyjające okoliczności pogody!!!

Chmury oczywiście nie odpuściły, ale pojawiły się dopiero pod koniec mojej działalności.

Jak to jednak każde zajęcie czy zawód ma swoje blaski i cienie, a poznać je można dopiero, gdy człowiek sam spróbuje się zaangażować …

W dodatku robiąc ostatnie zdjęcie (to powyżej) zauważyłam coś zdumiewającego, co niezbicie dowodzi, że ta rehabilitacja to jednak człowieka (czyli konkretnie mnie) wyczerpuje nie tylko fizycznie. Albo może też, że wyczerpanie fizyczne rzutuje na myślenie.

Otóż …
zblokowałam trójkątną chustę na rogala i zupełnie tego nie spostrzegłam ani podczas upinania, ani potem przez ten cały czas stacjonowania udziergu w pozycji rozpiętych skrzydeł na stole w salonie.

Haruni jest wzorem darmowym, do znalezienia na ravelry czyli TUTAJ.
Można wybrać wśród wielu wersji, prostokąt, rogal spiralny, część główna gładka lub ażurowa, a nawet otulacz. 

Mimo, że wzór wygląda na bardzo skomplikowany, robi się toto dość prosto – podstawowe ściegi, mnóstwo oczek prawych i wystarczy trochę skupienia, żeby sobie swoje Haruni wydziergać.

Lubię ten wzór, był jednym z pierwszych ażurowych szali jakie w życiu zrobiłam. Wtedy jednak byłam mniej pewna siebie, dokładnie przeczytałam instrukcje i zblokowałam trójkąt na trójkąta, a nie na rogal …

W SIERPNIU rozpoczynamy na Podziergajmy wspólnie coś nowego, a mianowicie PONCHO. W dodatku bez ażurów 🙂
Zapraszam już teraz, szczegóły niedługo.

Pozdrawiam wszystkich, którzy walczą z trudnymi warunkami pogodowymi!
Słońca, słońca i jeszcze raz słońca!!!

Ten wpis został opublikowany w kategorii chusta, chusty trójkątne, wzór po polsku i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.