Multia w plenerze.

Do robienia zdjęć tej chusty podchodziłam kilka razy. Nie to, żeby była jakaś wyjątkowo niefotogeniczna, przyczyną była przede wszystkim pora roku, miesiące zimowo-wiosenne z dużym zachmurzeniem i krótkim dniem w przyrodzie oraz brakiem energii u jednostek ludzkich.
Jakoś ciężko było się zgrać i jedyną zawsze chętną do współpracy była Multia.

Przy ostatniej sesji przydarzyło mi się ciekawe spotkanie, i tak będę dziś przeplatać Multię i opowiadanko 🙂

Ogólnie to ja bardzo lubię fotografować swoje udziergi.
Mam parę stałych miejsc, gdzie zawsze znajdę jakieś ciekawe tło, i jednym z nich jest olbrzymi kompleks byłej huty. (To znaczy byłej tak nie do końca, kuźnia na przykład dalej działa.)
Zupełnie niedawno otworzono cały ten obszar i każdy może tam wjechać, powstało też tam sporo nowych zakładów.

I właśnie przed jedną z bram wjazdowych miało miejsce to moje spotkanie.

Brama już bez portierów, sprawdzania przepustek itd., żywego ducha nie ma i można sobie dowolnie przejeżdżać w tę i w tamtę.
I ja oczywiście z tej możliwości korzystam, pedałuję sobie relaksacyjnie, Multia ciekawie spogląda na świat siedząc bezpiecznie w koszyku …

Trzeba przyznać, że mało która chusta tak wiele się napodróżowała jak Multia, i zawsze coś nieprzewidzianego w tych podróżach się pojawiało: a to nagle zaczął padać śnieg albo deszcz, a to ja musiałam niespodziewanie wracać, a to nawiało chmur i obiecane słoneczko zniknęło za nimi …

Tym razem było tak:

Zaczepił mnie facet, na oko pomiędzy trzydzieści a czterdzieści lat, zaparkował samochód pod samą bramą, wyraźnie widać, że go GPS doprowadził do tego miejsca i uznał, że podróż zakończona.

Facet pyta się o jakiś nowopowstały zakład.
Ja oczywiście nie wiem, gdyż nie zakłady mnie interesują, a ciekawe pejzaże komponujące się z Multią lub innym udziergiem. I wjeżdżam sobie w bramę.
Patrzę, a tam na ścianie olbrzymia mapa całego kompleksu.

Litość mnie wzięła nad tym facetem, okolica wymarła, jak ja mu nie pomogę, to nikogo nie znajdzie.

Wołam go więc i pokazuję mapę.
I sama też z ciekawości przyglądam się i umiejscawiam znajome kawałki ścian, rampy kolejowe i inne atrakcje.

Facet gapi się na mapę, potem na mnie i wreszcie pyta: to gdzie mam jechać?

Oczywiście już zapomniałam, jak się ten jego zakład nazywa, więc mówię mu nieco zdziwiona, że przecież tu z boku jest spis i niech sobie ten cel podróży namierzy.
Namierzył.
Numer 17.

I tak jakby odwraca się w kierunku samochodu, mam wrażenie, że idzie sobie ten nr 17 do GPSa wpisać. Po chwili reflektuje się, że to jednak nie zadziała.

Bezradnie odwraca się do mnie i pyta, co dalej.
Szeroko otwieram oczy i z pewnym niedowierzaniem proponuję znalezienie tej 17-tki na planie.

Facet zupełnie nie kojarzy!!!
Jakby w życiu z mapy nie korzystał, z żadnego planu miasta ani z niczego tego typu!!!

Szuka, szuka i szuka.
Ja sobie stoję obok i cierpliwie czekam. Sytuacja jest tak kuriozalna, że żadna siła mnie nie ruszy. Muszę zobaczyć, co będzie dalej!

Znalazł.
Nic mu to niestety nie dało, dalej nie ma pojęcia, jak się tam dostać.
Nie potrafi umiejscowić, gdzie się znajdujemy (mimo wielkiej czerwonej kropki i napisu TU JESTEŚ), nie potrafi wyznaczyć trasy, nic zupełnie.
Stoi sierota przed tym planem.
Jedyne, co mu do głowy przychodzi, to mnie się pytać.
I pyta, hehe.

Droga jest całkiem prosta.
Pokazuję uliczki na planie, że zaraz za bramą w prawo, potem do końca drogi, potem w lewo i dalej już prosto aż dojedzie.
Zupełnie tego mojego tłumaczenia facet nie łapie.

Przechodzę więc na metodę bardziej łopatologiczną.
Ustawiam go twarzą we właściwą stronę i pokazuję przy pomocy machania rękami, że tutaj zaraz w prawo, potem prosto do końca, w lewo i znowu prosto.

Dalej zero efektu. Facet zagubiony, jak małe dziecko.
Multia w koszyku po cichutku dusi się ze śmiechu, momentami nie wytrzymuje i wyrywa jej się parsknięcie …

Jako wytrawny belfer, taki co to z powołaniem i z doświadczeniem, mam oczywiście w zanadrzu kolejny sposób przekazania wiedzy.
Lata praktyki w zawodzie wyzwalają pokłady kreatywności, cierpliwości oraz umiejętności nieokazywania zdziwienia, zdumienia czy niedowierzania, zwłaszcza przy kwestiach z pozoru oczywistych.

Z kamienną twarzą, na której nawet udało mi się wywołać przebłyski współczucia i zrozumienia dla problemu faceta, proponuję metodę jeszcze prostszą.
Mianowicie,
ja pojadę na rowerze pierwsza, a on niech jedzie za mną.

Najpierw w prawo, potem do końca drogi i jak trzeba będzie skręcić w lewo to mu pomacham ręką, że tam ma skręcić. I sobie sam pojedzie, bo już dalej droga bez zakrętów i ten jego zakład gdzieś na jej końcu sobie sam znajdzie.

Facet rozjaśnił się na obliczu i galopem popędził do samochodu. Takie jakieś wrażenie się nam obu (z Multią) ulęgło, że przez chwilę miał obawy, że będzie tam pod tą bramą do końca świata czekał na zmiłowanie.

Pojechaliśmy sobie wszyscy razem w prawo, potem prosto do końca drogi i tam pomachałam facetowi, żeby skręcał w lewo.
Odczekałam chwilę dla pewności i udałam się w swoją stronę cała wypełniona natłokiem myśli i wrażeń.

Tyle się mówi o pokoleniu GPS, które nie orientuje się w terenie i polega tylko na urządzeniach. Do tej pory nie miałam kontaktu z kimś takim i zdumiał mnie tak kolosalny brak umiejętności poradzenia sobie w sytuacji wydawałoby się banalnie prostej.

Ale jeszcze bardziej zdumiał mnie fakt, że to nie był nastolatek wychowany z komórką w ręku od niemowlaka, tylko człowiek zupełnie dojrzały, który na pewno nie dorastał w świecie zdominowanym przez internet.

Przepełniona silnymi emocjami, które próbowałam sobie uporządkować i zrozumieć ruszyłam w swoją stronę.
Znalazłam przepiękną ruinę, którą niniejszym prezentuję poniżej.
Lubię takie zrujnowane klimaty!!!

Pozdrawiam zimowo, deszczowo i majowo 😉

Ten wpis został opublikowany w kategorii chusta, chusty trójkątne, wzór po polsku i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.