Balbina. Prototyp.

Dawno, dawno temu, w pewnej ciepłej krainie …
(ciepłej, bo lato było, czasu trochę minęło i się diametralnie zmieniło!)
Tak więc:
w owej ciepłej atmosferze, podróżując na rowerze i zwiedzając różne sklepy
wpadły w oko mi dwa kłębki.

Oba piękne i nieduże, lekko lśniące i ewidentnie widać, że jakaś resztóweczka po większej robótce.
Przez całe trzy minuty trzymałam się twardo, a potem uległam.
Bo w sumie to nie należy być dla siebie zbyt surowym, prawda?

Najbardziej zachwyciły mnie kolory, niby nic wielkiego, ale ja w tych odcieniach mocno gustuję, taki błękit u mnie zawsze zwycięża w starciu ze zdrowym rozsądkiem, a ten melanżyk też niczego sobie, niby w odcieniach niebieskiego, a nie do końca, oliwką prześwieca i paryskim niebem.

Marka włóczki nieznana, pochodzenie, skład ani grubość też nie, więc siłą rzeczy na tworzenie konkretnego wzoru to się toto nie nadaje.
Za to idealnie się nadaje na stworzenie czegoś bez wzoru, do osobistego użytku i bez tego całego notowania każdego ruchu drutami.
Jednym słowem, czysta inwencja twórcza bez konieczności wytworzenia czegokolwiek, co jest powtarzalne, logiczne i sensowne.

Wystarczy zacząć bez konkretnej koncepcji, i tak sobie dziergać jak serducho dyktuje.

Dziergałam więc z dużym zapałem.

Skończyłam, na polu (bo ja z Galicji) chłodno się zrobiło i zaczęłam się zamotywać wychodząc tu i tam. Oraz siedząc w pracy też.
W użyciu ta zamotka bardzo dobrze się sprawdzała, polubiłam ją i nawet specjalnie tak się ubierałam, żeby jak najczęściej mi pasowała i tworzyła ten kolorowy akcent.
Zaczęłam też przemyśliwać nad wzorem.

Na początek wytypowałam włóczkę kolorową, potem dobrałam jej tło, potem zmieniłam koncepcję w temacie zakończenia, potem wykonałam dwie chusty i na koniec zajęłam się wzorem. Tym całym testowaniem, sprawdzaniem, fotografowaniem i publikowaniem.
Ale o tym już pisałam, tydzień temu w poprzednim poście. TUTAJ.

Prototyp zaś popadł w lekkie zapomnienie.
Nie, nie przestał mi się podobać, dalej mam do niego mnóstwo sentymentu.
Ale
na używanie go jako szalika zrobiło się zdecydowanie za zimno,
a na używanie go jako zamotki w pracy – zdecydowanie za ciepło.

W pracy ogólnie jest problem.
Dawniej w zimie było po prostu zimno lub przy sprzyjającej aurze – chłodno.
Każdy posiadał cały zestaw ubrań na zimowe miesiące, ciepłych, grzejących i najlepiej dostosowanych do noszenia na cebulkę. Oraz drugi zestaw zamotek, narzutek, przeróżne szale, poncha i owijacze. A ja dodatkowo trzymałam sobie w szufladzie mitsy.
A potem nam docieplili budynek.
Cała kolekcja zimowa poszła w odstawkę, wystarcza podkoszulek i coś lekkiego na wierzch, nawet leciutka zamotka przeszkadza.
Takie nowe uroki sezonu grzewczego.

Nie pokazywałam tutaj prototypu zaraz po zrobieniu, bo ciągle był w użyciu i nie zdążyłam mu zrobić zdjęć.
Potem też go nie pokazywałam, bo już wiedziałam, że będzie wzór i nie chciałam uprzedzać faktów.
I teraz nadszedł wreszcie jego moment!

Zima trzyma i powiem szczerze, że wcale nie chciało mi się wychodzić na mróz i razem z prototypem latać po okolicy w poszukiwaniu plenerów.
Przekonałam jednak sama siebie, że jest szansa na ulgowe załatwienie sprawy – i tak wszędzie śnieg i plenery w każdą stronę takie same. Nie ma co daleko latać, szybko ogarnąć temat i wracać do domowych pieleszy.
I co?
I jak zwykle wyszło na odwrót!

Rozpoczęłam od pewniaka – znajomy płot, znajome iglaki.
Przy okazji wykorzystałam odśnieżony podjazd do czyjegoś garażu, i to wszechstronnie, bo zarówno kostkę brukową jak i elegancko odgarnięty śnieg.
I spodobało mi się!
Zamiast wracać – pociągnęło mnie dalej.
A to płyty betonowe, a to drzewo albo wystające ze śniegu chabazie.

I w pewnym momencie zrobiło się tak:

Potem jeszcze trafiła się szkółka leśna.
Zawsze zastanawia mnie, jak ci panowie leśniczy przechodzą po tych szczebelkach na drugą stronę i co robią, jak potrzebują tam w środku użyć jakiegoś sprzętu.
Pewnie mają zakamuflowane wejście, ale nigdy nie udało mi się go namierzyć. Tylko te drabiny, w dodatku zupełnie nie rozumiem dlaczego takie szerokie, jakby mieli tam parami wchodzić.

Wycieczka okazała się nadzwyczaj udana.
Prototyp się przewietrzył, świata trochę zobaczył…
Niestety teraz musi poczekać do wiosny i wtedy znów będzie mógł się prezentować w pełnej krasie i okazałości 🙂

Zdjęcia idą w kolejności robienia, kto ciekawy, to może przewinąć do początku i obejrzeć jeszcze raz.
Wzór nazywa się Balbina, wszystkie informacje na jego temat można znaleźć w poprzednim poście. Standardowo jest dostępny na ravelry i bezpośrednio ode mnie, wystarczy napisać (y.mleczyk@gmail.com)

Pozdrawiam serdecznie, mroźnie i prototypowo !!!

Ten wpis został opublikowany w kategorii chusta, chusty trójkątne, wzór po polsku i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.