Po wakacjach

Jakoś tak zupełnie niechcący udało mi się zaliczyć wakacje 🙂 nie było mnie na blogu leciutko ponad miesiąc, i był to miesiąc zupełnie nieplanowany.
Tak się jakoś układało, że te wtorki mijały jeden za drugim, a ja ciągle lepiej czułam się poza siecią. Patrzyłam na laptop … i na patrzeniu się kończyło.

Na drutach też nie robiłam za dużo, bardziej ciągnęło mnie na zewnątrz, na słońce i rower.
Może to też i dlatego, że przez równe osiem lat mój organizm bardzo mocno protestował przeciwko bezpośredniemu kontaktowi skóra – promienie słoneczne i lato polegało głównie na przemykaniu się od cienia do cienia.
Potem był rok przejściowy, już mnie słońce nie bolało, ale też nie sprawiało przyjemności.
I wreszcie nadeszły te wakacje, i okazało się, że nie tylko słońce mi nie przeszkadza, ale wprost przeciwnie, organizm domaga się chodzenia po słonecznej stronie ulicy!

Chyba też potrzebowałam zupełnie się odciąć i odpocząć umysłowo, wzrokowo i psychicznie. Przestawić się na zupełnie inny tryb, zająć się zupełnie innymi sprawami, wykazać się w zupełnie innych dziedzinach.

Padło na gospodarstwo domowe. Ale nie, nie myślcie sobie że wysprzątałam wszystko od podłogi do sufitu. Takich prac fizycznych mój organizm nie lubi.
Psychika też nie.

Zajęłam się czymś konstruktywnym (jednak, to chyba cecha nadrzędna mojego charakteru) i patrząc na bogactwo urodzaju zaczęłam przetwarzać te wszystkie dary natury i zamykać w słoikach na później.
Trochę monotonnie, gdyż zapał obudził mi się dopiero pod koniec brzoskwiń.

Brzoskwinie się skończyły, wzięłam się za jabłka (dostarczane przez sąsiadów i znajomą panią Basię), śliwki (uwielbiam) i winogrona (rosną za oknem).
Oraz nowatorską metodę przetwarzania pomidorów w sokowniku (potas!).
W międzyczasie wypróbowałam minimalistyczny przepis na zakwas z buraków (morfologia), wypadło pozytywnie, więc z przetwarzania buraków zrezygnowałam. Będę działać na bieżąco.

Taki mało dziewiarski ten post, ale skoro ostatni miesiąc też dziewiarski nie był, to się choć wytłumaczę, dlaczego 🙂

Zrobiłam otulacz na szyję, na bazie niebieskiego, tylko włóczka inna.
Pomysł nie jest mój, wzór nazywa się Como Cowl, jest TUTAJ.


Zdjęcia mało zróżnicowane, otulacz to nie chusta, ciężko go układać na wiele sposobów. Jest jaki jest i nie daje się zbytnio naginać do koncepcji fotografa.
Wprost przeciwnie.
To fotograf musi się nagiąć do ograniczonych możliwości i z białą panią pod pachą wyszukiwać różnorodność w krajobrazie, żeby urozmaicić zdjęcia.


Całe szczęście trafił mi się ogród kuzynki, co prawda minimalistyczny w kwestii przeróżnych kompozycji roślinnych i architektonicznych (nawet siekiery w pieńku nie było…), ale i tak było łatwiej niż biegać po polach i ugorach.


Pozdrawiam wszystkich czytających, a szczególnie serdecznie te osoby, które tu zaglądały i nic nowego nie mogły przez miesiąc znaleźć.
Myślę / mam nadzieję, że to już koniec przerwy i powrócę do starego rytmu 🙂

 

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii cowl, otulacz i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.