Wersja próbna

Chusta Silken Sands:

Dlaczego wersja próbna?
Historia wygląda tak:

Dostałam włóczkę do przerobienia na chustę.
I to jaką włóczkę!
Producent: Madelinetosh, grubość: Tosh DK.
Do tej pory widywałam ją jedynie na udziergach anglojęzycznych, czasami któraś testerka coś z tej firmy robiła, no i na mnóstwie zdjęć na wszelkich stronach dziewiarskich, też anglojęzycznych.
A że włóczka jest farbowana w Teksasie, a cenę ma całkiem sporą – jakoś tak znałyśmy się tylko z widzenia, bez większych perspektyw na spotkanie osobiste.

I proszę! spotkanie nastąpiło, i to jeszcze w dodatku w bardzo ciekawych okolicznościach.

Jak już nie raz pisałam, mam koleżankę w USA.
Koleżanka lubi kupować wełnę, czasami coś mi podrzuca.
I jak każda chyba osoba – lubi też promocje.
Wypatrzyła więc promocję u Websa i wykombinowała przy okazji, żeby przesłali bezpośrednio do Polski. Większość amerykańskich sklepów albo nie bardzo chce to robić, albo ma jakieś gigantyczne opłaty za przesyłkę, a tym razem w ramach tej promocji miało być sporo taniej.

Tak więc moja amerykańska koleżanka zamówiła Tosh DK, dwa kolory po dwa motki, podała mój adres, a do mnie mailowo wyraziła duży entuzjazm dla tego rodzaju transakcji.
Po dwóch tygodniach listonosz przyniósł przesyłkę, ale oczywiście przed południem i oczywiście mnie w domu nie było.
Oznajmił mojemu tacie, że ma przesyłkę poleconą dla Mary Brown (imię i nazwisko zastępcze).
Mój tato się lekko zdziwił, jakoś nie przyszło mi do głowy zapowiedzieć mu listu z Ameryki. Wspólnie z listonoszem przeprowadzili inspekcję przesyłki: adres się zgadzał.
No ale ta Mary Brown?
Po czym mój tato pomyślał chwilę i oświadczył, że jeśli w tej przesyłce jest włóczka, to bierze. Komisyjnie odcięli kawałek koperty i tym sposobem 4 motki Tosh DK zakończyły podróż.

To znaczy nie do końca.
Po otworzeniu koperty okazało się, że:
kolory się zgadzają, owszem,
ale za to grubość nie.
Dwa motki są zgodne z fakturą, a dwa są innego rodzaju włóczki.
Zamiast DK włożyli do koperty fingering, kolor identyczny.

Akurat tak wypadło w tym czasie, że kupiłam mieszkanie i się przeprowadziłam.

Napisałam do amerykańskiej koleżanki.
Uczuliłam ją na potrzebę zamieszczania w adresie mojego imienia i nazwiska, podałam nowy adres oraz opisałam pomyłkę Websa i dołączyłam zdjęcia faktury i wełny.
U nich takie rzeczy chyba często się zdarzają, bo zupełnie się nie przejęła, a na drugi dzień przysłała mi kopię listu do Websa: że nastąpiła pomyłka w grubości dwóch motków, że przesyłka była do Polski więc raczej bez sensu jest odsyłać i że liczy na pozytywnie załatwienie sprawy.

Po trzech dniach (szybko to u nich idzie) dostałam kolejną kopię korespondencji, tym razem od Websa do amerykańskiej koleżanki.
Webs bardzo przeprasza i dośle zamówione motki w odpowiedniej grubości. Zwracać tamtych nie trzeba.

Minęło kilkanaście dni.
Wróciłam do domu i w skrzynce znalazłam awizo. Przesyłka polecona dla Mary Brown. Z Ameryki.
Taaa …
Listonosza jakoś bym przekonała, że Mary Brown to ja, tylko w polskiej wersji, po pierwsze miałby przesyłkę w ręku, po drugie chciałby się jej pozbyć, a nie nieść z powrotem na pocztę. No i zawsze mogłabym mu pokazać, co jest w środku przy pomocy wersji fingering.

Panie w okienku takie ufne nie są, żądają dowodu tożsamości.
Po głębszym namyśle spakowałam: dowód osobisty (ale tam nie ma adresu), akt notarialny (jest adres), fakturę z tamtego listu (jest nazwa włóczki) i motek tej fingering dla pokazania koloru.
Po drodze ułożyłam sobie zwięźle, jak to wszystko wytłumaczyć, żeby jeszcze przy okazji nie narażać się na utyskiwania czekających w kolejce, że tak długo załatwiam.

I co?

Pani w okienku najpierw przestudiowała mój dowód,
potem pół aktu notarialnego,
potem fakturę, potem obmacała kopertę
i uznała, że może mi wydać przesyłkę.
Podpisać mi się kazała jako ja.

Szczęśliwa złapałam paczkę i wyszłam na świeże powietrze.
I co?
I na przesyłce tuż pod Mary Brown jak byk stało moje imię i nazwisko!
I po co tej pani był mój akt notarialny, że o fakturze nie wspomnę???

Tym razem włóczka właściwa, kolor ten, grubość też.
Wydawałoby się, że już pójdzie z górki.

Nic bardziej mylnego.

Z tych dwóch motków miała powstać chusta Silken Sands, i nie przyszło mi do głowy wcześniej sprawdzić dokładnie, ile tej włóczki jest potrzebne. Niestety mojej amerykańskiej koleżance też nie. Kupiła na oko.
Wyjęłam druty i zabierałam się do robienia, gdy wpadły mi w oko niepokojące cyfry:
minimum 500 metrów.
A dwa motki Tosh DK to maksimum 410.

Obejrzałam dokładniej wzór, prześledziłam co się tam powtarza, co można skrócić i o ile, i postanowiłam zaryzykować.
Ale nie tak do końca, ryzyko podjęłam w wersji próbnej na Włóczkach Warmii, akurat miałam 2 motki Amelii i uznałam, że dobrze się w tym zadaniu sprawdzą.
Co wyszło – widać na zdjęciach.

Wersja z Tosh DK w wersji nieco mniejszej też już prawie zrobiona, za tydzień pokażę Wam, jak się udała.

I jeszcze na koniec moja opinia o obu włóczkach:
Tosh DK ma piękne kolory, przenikają się po prostu genialnie.
Jest dobrze skręcona, fajnie się z niej robi, choć motki różnią się między sobą i trzeba co dwa rzędy zmieniać nitkę.
Amelia jest mniej skręcona, czasami się rozdziela na pojedyncze nitki.
Kolory są ułożone nieco dłuższymi odcinkami, nie ma tego wrażenia przenikania.
Za to jest o niebo przyjemniejsza w dotyku od Tosh DK!!!
I gdybym miała wybierać – wolę Amelię.
Ha!

Pozdrawiam słonecznie i ciepło!!!

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii chusta i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.