Eksperyment się udał

Jakiś czas temu na FBooku narzekałam, że nic mi nie idzie.
Bo i rzeczywiście nie szło. Jakiś taki zanik weny twórczej i ‚poczucia mocy’ mnie dopadł.
A FB doskonale się nadaje do takich reportaży z placu boju,
bo i krótko, i konkretnie, i wizualnie,
a przede wszystkim jest grono znajomych, którzy od razu pocieszą i pogłaskają po zbolałym serduchu,
i to serducho zaraz jakby mniej zbolałe.

W ramach walki z dołkiem dziewiarskim porwałam się na coś, czego właściwie prawie nigdy nie dziergam. Wygląda tak:

Co jest takiego w tej chuście, co do mnie nie pasuje?

Kto już wie?
Prawidłowa odpowiedź – włóczka!
Zdecydowanie wolę kolory jednolite, a jeżeli już ma ich być więcej (co się rzadko zdarza), to nadal jednolite wybrane i przemieszane przeze mnie.
Ale że nic mi nie szło, a potrzebę dziergania czułam przeogromną, to pokusiłam się na jedyną włóczkę wielokolorową, jaką w ogóle miałam.
I cały urok chusty miał wyniknąć właśnie z tej włóczki, a nie z mojego pomysłu.
Czyli eksperyment 🙂

Zrobiłam parę rządków, taki malutki początek, żeby było łatwiej,
i rozpoczęłam kolejne dzierganie publiczne!
Bo małe robótki są do tego najpraktyczniejsze, poręczne i łatwo się chowa do torebki.
Na pierwszy ogień poszedł NFZ. Nauczona majowymi doświadczeniami z tą instytucją …
(i właśnie widzę, że i o nich była mowa tylko na FB – kto ciekawy, niech zajrzy tutaj).
Więc nauczona majowymi doświadczeniami – wzięłam ze sobą zajęcie relaksujące i pozytywnie usposabiające do ludzi. Gdyż ‚zawsze należy zabierać broń ze sobą’!!! (cytat Ewa Łuszczyńska)
Ludzi tłum, ja jedna w miarę nie nerwowa, dziergam sobie z przyjemnością. Po jakiejś pół godzinie
i przesunięciu się kolejki o raptem jednego petenta stwierdziłam, że powinnam uwieczniać postępy,
i nawet tło znalazłam przyjemne, bo NFZ u nas na 7 piętrze 🙂

Wzoru do tej chusty właściwie nie miałam żadnego. Jedyne, co byłam w stanie wymyślić, to oba brzegi, czyli jak dodawać i jak zamykać na nich oczka. Cała reszta była całkowicie zależna od natchnienia chwili.
Raz francuz, raz ryż, to znowu jakiś bazowy ażur, a potem dla odmiany cokolwiek na bazie prawych i lewych, bo i tak zupełnie tych moich wysiłków nie widać – kolory przebijają wszystko.
No i takie publiczne dzierganie też nie do końca sprzyja myśleniu, bo albo wszyscy wokół gadają (poczekalnia) albo człowiek gada sam (kawiarnia) i koncentracja nie ta 🙂

Gdy chusta zaczęła przypominać długaśny ogon jaszczurki – przestałam nosić ją ze sobą i dziergałam publicznie na balkonie. Przy okazji broniąc z panem Kmicicem Częstochowy 🙂
(choć zaczęłam od Bogusława w Taurogach – to informacja dla wnikliwych, którzy dokładniej przyjrzą się zdjęciu).

Zblokowałam i zdziwiłam się sama sobą, bo nawet z francuza wyszedł mi lekki ażur!!!
W genach je mam, te ażury, czy co?

No i zaczęłam kombinować, jak toto da się nosić. Najpierw na modelce, bo łatwiej i lepszy ogląd.

 

Spodobało mi się, zwłaszcza ta ostatnia wersja, na dogrzanie stawów barkowych 🙂

Więc zaczęłam zamotywać na sobie, i jeszcze bardziej mi się spodobało!
Jako idea, bo kolor zupełnie nie mój, i tej konkretnej chusty nosić na pewno nie będę.
Ktoś ją chciałby może???

Ale żeby nie było, dla siebie też taką zrobię. Już nawet zaczęłam się rozglądać za odpowiednimi kolorami 🙂 i myśleć z przyjemnością o kolejnym zupełnie bezmyślnym dzierganiu!
I teraz powiedzcie – jak to jest u Was? 
Wolicie takie dzierganie ‚bezwyzwaniowe’ gdzie włóczka sama załatwia sprawę i pozostaje czysta przyjemność patrzeć, jak te kolory się układają, 
czy takie, które wymaga od Was uwagi, koncentracji i kreatywności, i sprawy zależą od Was?
Pozdrawiam czerwcowo!!!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.