Bellissima

I tak na prawdę to tytułowe słowo wystarcza za cały opis chusty i wszystkich jej uroków.
Streszcza, opisuje i wyczerpuje temat, niech zresztą zdjęcia mówią same za siebie 🙂


Chusta została wydziergana według jednego z moich starszych wzorów, Bella Mirella, tak dla sprawdzenia czy wszystko w nim w porządku.
Oraz  dla przyjemności dziergania Mirelki jeszcze raz, gdyż z tą akurat chustą wiąże się mnóstwo dobrych wspomnień.


Powstała w okresie, kiedy ciągnęło mnie do ambitniejszych ażurów, z bardziej rozbudowanymi wzorami i to w dodatku dzierganymi po obu stronach robótki.
Efekt wart pracy i uwagi, te prawe i lewe oczka dają tak fajne załamania światła i inne dodatkowe efekty, zwłaszcza na cieniowanej włóczce!
Nie do pogardzenia jest też fakt, że chusta robi się dzięki nim dwustronna i nie trzeba się przejmować sposobem noszenia 🙂


Włóczka to Fabel Dropsa, trochę mnie przetrzymała gdyż wstępnie uznałam, że Mirelka pochłonie dwa motki. Dwa motki się skończyły, a Mirelce zostało jeszcze kilka rzędów.
Zanotowałam numer koloru i odłożyłam robótkę na bok z postanowieniem, że przy kolejnych włóczkowych zakupach dobiorę sobie też ten brakujący motek.
Ale wiecie jak to bywa …
Zakupów nie robię znów aż tak często, kolor nie w każdej pasmanterii był dostępny i trochę czasu upłynęło zanim go wreszcie nabyłam.
Potem jeszcze trochę czasu upłynęło zanim pokonałam syndrom odłożonej robótki czyli ufoka. Coś takiego w tych ufokach jest, że trudno do nich wracać.


I właściwie jedyne co mi szybko poszło to zdjęcia.
Powiedziałabym wręcz – była to jedna z najszybszych i najmniej absorbujących sesji w historii.
A rzecz miała się tak:
Wzięłam rano ze sobą Mirelkę do samochodu z myślą, żeby po skończonych obowiązkach poszukać jakiejś fajnej scenerii. Nie miałam nic konkretnego w planie, wszystko na zasadzie zdania się na okoliczności.
Sprzyjający był fakt, że kończyłam wcześniej pracę, potem miałam tylko wizytę u lekarza i właściwie całe popołudnie wolne.
Lekarz przyjmuje w miasteczku o parę kilometrów ode mnie i na tym opierała się moja chęć szukania nowych wyzwań fotograficznych. Nowe rejony, nowe pejzaże, nowe tło i ogólnie nowy układ oferujący nowe możliwości.


Prościuteńko po pracy ruszyłam na podbój służby zdrowia. Trochę niepewna, co ten lekarz mi powie, głównie na zasadzie, że będzie się starał wykpić zamiast pochylić i wgłębić w temat. Takie jakieś wrażenie mi się zalęgło po poprzedniej wizycie i mimo starań uparcie się trzymało mojej psychiki.


Nastawiona z jednej strony bojowo, a z drugiej negocjacyjnie zajechałam pod przychodnię, znalazłam wolne miejsce na samym końcu parkingu i pokuśtykałam pod znajome drzwi.
Na poczekalni nie było nikogo.
Zapukałam więc do gabinetu.
W gabinecie też nie było nikogo, ale to mnie zupełnie nie zdziwiło, poprzednia wizyta odbyła się według tego samego schematu. Pan doktor gdzieś tam latał i załatwiał swoje sprawy w oczekiwaniu na ostatnich pacjentów, potem wrócił i wszystkich przyjął.
Z zabiegowego obok wyszła pielęgniarka i spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
Że niby czego ja sobie życzę.
Z równym zdziwieniem odrzekłam, że pana doktora. No to chyba jasne, skoro jesteśmy w jego gabinecie, nie?
Ale ona na to, że pan doktor już sobie poszedł.
Więc ja na to niezrażona, że poczekam aż wróci.
Ona na to, że przecież skoro poszedł, to już nie wróci.
Lekko mnie zirytowała w tym momencie, no jak to nie wróci, skoro w zeszłym tygodniu wrócił. Gdybym wiedziała, że pan doktor ma zamiar wcześniej się urwać, to i ja zwolniłabym się z pracy parę minut wcześniej. A tak to co?
A ona na to, że zostało jeszcze pięć kart na dzisiaj, ale skoro nie było pacjentów to pan doktor poszedł.
Coraz bardziej czując, że znajdujemy się w jakichś równoległych rzeczywistościach i rozmawiamy jak nie przymierzając, gęś z prosięciem, zażądałam uściśleń.
Okazało się, że przedstawicielka średniego personelu medycznego w uściśleniach nie była zbyt mocna, powtarzała w kółko to samo i nic zupełnie z tego nie wynikło.
Pozostało pogodzić się z faktami i przenieść pod okienko rejestracji.


Po odczekaniu paru dłuższych chwil w kolejce straciłam cały animusz. Na ten zanik werwy i bojowego ducha wpłynęło przede wszystkim umiejscowienie okienka do pani rejestratorki. Na wysokości tak trochę poniżej mojego żołądka, wymuszało albo zgięcie się w pasie z mocnym wypięciem części tylnej, albo przykucnięcie, ale takie niezbyt głębokie.
Ci socjalistyczni architekci doskonale opanowali swój fach! wraz z przyjęciem wymuszonej pozycji wszelki duch bojowy zanikł we mnie w mgnieniu oka!


Pokornie zapisałam się na kolejną wizytę, wyprostowałam obolałe kości i wykuśtykałam z przychodni. I dopiero wtedy we mnie zabulgotało z irytacji!
Szlag mnie trafił! Przez ponad dziesięć lat mojego intensywnego chorowania może i system służby zdrowia nie w pełni się sprawdzał, ale zawsze ratował go czynnik ludzki. Te wszystkie przemiłe i uczynne panie pielęgniarki, ci wszyscy lekarze z pełnym profesjonalizmem wykonujący swoją pracę! a tu taki zgrzyt …
Straciłam serce do wyszukiwania krajobrazów, pejzaży i urokliwych zakątków.
Pitolić piękne zdjęcia, jestem wściekła i koniec. Kropka.


Samochód miałam zaparkowany pod śmietnikiem.
Wydarłam z bagażnika plastikową panią.
Ustawiłam obok czarnych worków z odpadami medycznymi.
Albo inną zawartością, nie sprawdzałam.
Strzeliłam kilka zdjęć.
Rozejrzałam się wokoło, wykorzystałam płot za śmietnikiem.
Bramę wejściową do śmietnika.
Siatkę i modrzew obok bramy.
Trochę mi ulżyło.
Spakowałam wszystko i pojechałam na kawę.

Fajne zdjęcia wyszły, nie?

Ten wpis został opublikowany w kategorii chusta, wzór po polsku i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.